MAŁGORZATA BRAUNEK NIE ŻYJE ( wspomnienia Tomasz Raczek dla Małopolskie.TV )

MAŁGORZATA BRAUNEK  NIE ŻYJE   ( wspomnienia  Tomasz Raczek  dla Małopolskie.TV  )
Małgorzata Braunek - NIE ŻYJE
 Małopolskie.Tv  dziękuje za udostępnienie  wspomnień Tomasza Raczka   o  Małgorzacie Braunek


MAŁGORZATA BRAUNEK. Kiedyś, do książki "Karuzela z madonnami" zgromadziłem najciekawsze rozmowy z kobietami, jakie udało mi się przeprowadzić w życiu zawodowym. Mam wrażenie, że moja droga do medytacji zaczęła się właśnie wtedy, dzięki Małgorzacie Braunek. Dziękuję!
# Czy nadal czuje się pani aktorką?
- Właśnie zaczęłam się nią czuć ponownie, ale tylko w połowie.
# Ale w dzieciństwie marzyła pani o aktorstwie?
- Najpierw marzyłam, żeby być fryzjerką. Potem, żeby być baletnicą, a dopiero później aktorką.
# Dlaczego porzuciła pani myśl o zawodzie fryzjerki?
- Miałam ciotkę, która miała bardzo bujne włosy i kiedy do nas przychodziła, pozwala mi je czesać. To mnie usatysfakcjonowało.
# Potem był balet?
- Tak, pierwsze przedstawienie dałam jeszcze w przedszkolu. Byłam Śnieżynką i była to moja pierwsza solówka. Potem zapisałam się na balet do Pałacu Kultury. Ale nie trwało to długo, bo w czasie przerw wychodziłyśmy, żeby odpocząć na widownię basenu w Pałacu. Przyglądałam się tym, którzy pływali i w pewnym momencie doszłam do wniosku, że chcę pływać, a nie tańczyć. Szybko się przepisałam i trenowałam pływanie od 9 roku życia aż do piętnastego. Ale już wtedy chciałam zostać aktorką.
# Pamiętam ogólnonarodowe dyskusje na temat, czy dobrze zagra pani rolę Oleńki w "Potopie". Bo przecież każdy miał swoją wizję Oleńki.
- Wtedy nie chodziło o to, czy dobrze zagram, ale o to, czy ja w ogóle MAM PRAWO zagrać Oleńkę.
# Pamiętam argumenty, że ma pani takie harde spojrzenie, a Oleńka to wcielenie delikatności.
- Ależ wprost przeciwnie! Oleńka to bardzo twarda osoba.
# Tak to przynajmniej wypadło w pani wykonaniu. Ale podobno już w dzieciństwie miała pani z tą hardością problemy. Ciągle zmieniała pani szkoły i była podobno bardzo krnąbrnym dzieckiem.
- Tak, to prawda. Bardzo.
# Nie wstydzi się pani tego teraz?
- A cóż mam zrobić? Taka po prostu byłam i już. Myślę, że buntowałam się przeciw temu co zastawałam w szkole, przeciw temu, jacy byli nauczyciele, ale przede wszystkim buntowałam się przeciw temu, że byłam do czegoś zmuszana, szczególnie do tego, czego nie lubiłam.
# No i zbuntowała się pani definitywnie: uciekła do szkoły teatralnej.
- Tak, żeby mieć wolny zawód.
# Praktycznie od razu zaczęła pani grać.
- Zagrałam jeszcze przed szkołą w „Żywocie Mateusza”.
# Jak to się pani udało?
- Myślę, że jest to kwestia determinacji i zdecydowania. Wysyła się wtedy takie sprawcze fluidy, nawet jeśli się nie robi nic konkretnego w danym kierunku. Ja się wtedy przyjaźniłam z reżyserem Andrzejem Jurgą, a on się przyjaźnił z Witoldem Leszczyńskim, a ponieważ wiedział, że ja strasznie pragnę stanąć przed kamerą, jakoś to się samo wydarzyło. Potem był „Skok” Kutza i właściwie zaliczam to jako mój właściwy debiut, bo to była moja pierwsza prawdziwa rola do zagrania: byłam taką hożą dziewczyną, że wsi (przestałam pływać i utyłam), która przeżywa pierwsze niespodziewane uczucie. Kutz poznał się na mnie już wtedy, bo ja zawsze chciałam grać role komediowe, a tam była taka bardzo śmieszna scena.
# Czuje się pani bardziej aktorką komediową, niż dramatyczną?
- Nie wiem, ja się po prostu bardzo lubię śmiać i jestem osobą wesołą.
# Czy łatwiej pani grać postać bliską jej charakterowi, czy taką, przy której wszystko trzeba wymyślić?
- „Polowanie na muchy” Wajdy zburzyło moją wiarę w to, że im bardziej będę sobą i im bardziej pokażę, jaka jestem wspaniała, romantyczna, uduchowiona i wrażliwa, to tym bardziej to będzie ciekawe.
# W takim razie powinno pani być dobrze w szkole teatralnej, dlaczego więc pani z niej odeszła?
- Ależ mnie było bardzo dobrze w szkole. Zostałam wyrzucona, bo wtedy dostawałam bardzo dużo różnych, ciekawych propozycji grania, które było mi bardzo trudno odrzucić że względu na szkołę.
# Urywała się pani z zajęć, nie mając zwolnienia?
- Tak, chodziłam na wagary, żeby grać, a to było wtedy surowo zabronione. W ogóle w szkole teatralnej było zabronione, żeby grać w okresie nauki. A ja grałam. I w końcu zostałam wyrzucona.
# Zabawne, że trafiła pani wtedy do teatru. Powodem wyrzucenia pani ze szkoły teatralnej był film, a po wyrzuceniu poszła pani do teatru. Naprawdę, trudno się w tym dopatrzyć logiki.
- Wcale nie chciałam być w teatrze, ale Adam Hanuszkiewicz był tak oburzony, że mnie wyrzucono ze szkoły, że mnie przyjął. Byś może sądził, że przestanę cokolwiek robić, ale bardziej przypuszczam, że chciał coś udowodnić profesorom i dać im prztyczka w nos. Krótko to trwało, bo ja cały czas grałam w filmie, z którym czułam się silniej związana. Poza tym już wtedy zdawałam sobie sprawę z mojego ogromnego aktorskiego mankamentu, który polega na tym, że z powodu tremy i stresu kompletnie tracę pamięć. W związku z tym w teatrze przeżywałam męki.
# To sufler musiał się przez panią napracować.
- Nawet nie, bo ja z tego stresu traciłam także słuch. Słyszałam tylko takie psz, psz, psz. I w dodatku stało się to na premierze: grałam w „Procesie” Kafki i w pewnym momencie po prostu zapomniałam słów. Tej sytuacji nie zapomnę do końca życia. Moją pierwszą reakcją było, żeby powiedzieć „przepraszam” i zejść ze sceny, ale coś mnie na szczęście powstrzymało i stałam jak słup soli. Stałam nawet blisko kulis i słyszałam, że suflerka mi coś podpowiada, ale w ogóle nie rozumiałam słów. A Jerzy, który stał przede mną, tyłem do widowni i mógł mi niepostrzeżenie podpowiedzieć, też z tego wszystkiego zapomniał i tylko powtarzał z przerażoną miną „ja nie pamiętam, ja nie pamiętam”, co mi raczej nie pomagało. To trwało dla mnie całą wieczność, ale w końcu jeden z aktorów powiedział moją kwestię za mnie i w dodatku sam sobie na tę kwestię odpowiedział, a potem jakoś poszło. Ale męczarnie, które przeżywałam w teatrze były nie do opisania i w końcu zrozumiałam, że to nie dla mnie. Film jednak daje mi poczucie bezpieczeństwa, że jak się nawet rypnę w tekście, to mogę to powtórzyć. Poza tym w teatrze zawsze miałam wrażenie, że jestem odcięta od samej siebie, że nie mam tego lustra, jakim w filmie jest kamera, dzięki której mogę zobaczyć jak mi się rola rozwija. Nie kontroluję tego, jakbym stanęła kompletnie goła, nie mogła się niczym zasłonić i nawet nie mam możliwości zobaczyć jak wyglądam. No i jeszcze publiczność, która raz jest taka, a raz inna.
# Wtedy spotkała pani Andrzeja Żuławskiego?
- Nawet wcześniej.
# I on spowodował rewizję pani stosunku do samej siebie. To był chyba „Diabeł”?
- Nie, najpierw była „Trzecia część nocy”. Może to nie była rewolucja, ale pierwszy raz i ostatni zagrałam role dwóch kobiet, które zewnętrznie były sobowtórami, ale wewnętrznie były kompletnie od siebie różne, Trzeba było stworzyć jednocześnie dwa odmienne portrety psychologiczne, co było bardzo ciekawe.
# A na dodatek reżyserem był pani mąż. Czy to pomoc dla aktorki?
- To tylko powoduje, że gra się przez cały czas, bez przerwy. W trakcie realizacji filmu on mówił o nim ciągle - obojętnie na planie, czy poza nim. Ja zresztą też. Budziłam się nagle w środku nocy, budziłam jego i mówiłam, że wpadłam na taki pomysł i czy on to akceptuje, czy nie. Ale na samym planie nie było to najzdrowsze, bo myśmy się strasznie kłócili. To się często zdarza między parami w takiej sytuacji. Nie twierdzę, że zawsze, ale się zdarza.
# Żuławski to silna osobowość. Czy fakt, że współpracowała z nim pani, miał wpływ na pani dalsze życie, na to co potem nastąpiło?
- Nie. Może wpłynął poniekąd. Musiałam ulec jego wizji, nie było możliwe, żebym grała na kontrze, mówiąc „ja się z tym nie zgadzam”.
# - Czyli walka nie jest pani żywiołem?
- W takim rozumieniu – nie. Może pewna przekora, ale nie walka. Uczciwie przyznam, że w „Diable” miałam już bardzo poważne opory i nie za dobrze nam się razem pracowało. Już nie chciałam i nawet nie mogłam całkowicie poddać się wizji, którą Andrzej tworzył. Nie mówię o wizji całego filmu, ale mojej postaci.
# Która była całkowicie sprzeczna z tym, co chciała pani?
- Oczywiście, że tak. Ja już nie chciałam wchodzić na ten diapazon, o który mu chodziło.
# Dlatego, że właśnie wtedy urodziła pani dziecko?
- Tak. Już nie uważałam, że sztuka to jest wszystko i dla sztuki trzeba wszystko.
# Rozumiem, że to co w „Diable” budziło pani sprzeciw, to była drastyczność tego filmu?
- Poniekąd.
# A co jeszcze?
- Proszę zrozumieć moją sytuację. Andrzej zaczął robić ten film w momencie, kiedy czekaliśmy na dziecko. A więc czekam na chciane dziecko, przygotowuję się, aby to dziecko przyjąć, aby być jak najbardziej spokojną matką, a Andrzej robi akurat najbardziej drastyczny film w swoim życiu.
# Ten film był zresztą przyjęty z mieszanymi uczuciami i do dzisiaj wielu widzów nie zgadza się na aż taką agresję.
- A ja po prostu czułam wewnętrzny sprzeciw. Mimo tego grałam w "Diable", ale zdanie na temat tego, czym jest sztuka, zaczęło się zmieniać.
# Czy pani lubi trylogię?
- Bardzo lubię „Ogniem i mieczem”. Za „Potopem” nie przepadałam...
# Nie przepadała pani za „Potopem” i nie chciała zagrać Oleńki...
- Proszę tak wszystkiego nie trywializować. Nie mogę powiedzieć, że nie chciałam zagrać Oleńki, ale to nie była akurat moja wymarzona rola. W momencie, w którym zaczęło być wokół tego głośno, ja w ogóle nie myślałam, że mogłabym to zagrać. Kiedy Hoffman zwrócił się do mnie z tą propozycją byłam ogromnie zaskoczona. A potem pomyślałam sobie „a właściwie dlaczego by nie?”
# Na początku lat osiemdziesiątych nagle zaczęła się pani wycofywać z filmu. Co było powodem? Coś panią dotknęło? Jakaś krytyka? A może odkryła pani dla siebie coś innego? Dlaczego postanowiła pani wtedy zakończyć coś, co dotąd stanowiło pani całe życie?
- Następował bardzo powolny proces wewnątrz mnie, który polegał na tym, że z coraz większą uwagą przyglądałam się temu, czym właściwie jest aktorstwo i co właściwie ono z człowiekiem robi. To, co zaczęłam zauważać, coraz mniej mi się podobało. Nagle pojawił się we mnie taki wewnętrzny komentator, który cały czas do mnie mówił. Grałam w czymś, ubrana w jakieś szaty, a ten głos chłodno komentował: „Co ty w ogóle robisz? Po co? Tracisz życie na jakieś głupoty”. Nastąpiła kompletnie schizofreniczna sytuacja i w pewnym momencie powiedziałam sobie basta.
# W takich chwilach pojawia się pytanie: "co w zamian?".
- I pojawiło się coś takiego, i to coś kontynuuję do dziś. Z racji tego, że zaczęłam sobie zadawać pytania i z racji tego, że była wtedy, w latach siedemdziesiątych, moda na Daleki Wschód, zaczęłam czytać różne książki – filozoficzne, ale nie tylko. I czułam instynktownie, że muszę podążyć w tym kierunku. Żeby coś zrozumieć.
# Co to jest?
- Przede wszystkim medytacje.
# Buddyjskie, czy zen?
- To kolejno dochodziło.
# Powiedzmy, że chciałbym zacząć medytować. Musiałbym gdzieś pójść, do kogoś się zwrócić. Do kogo?
- To jest dokładnie tak, jak z pana pytaniem jak to się stało, że pani chciała grać i od razu zagrała. Jeżeli się czegoś naprawdę chce, to siłą rzeczy się szuka; a jak się szuka, to się znajduje.
# Czy ta wersja filozofii zen, która do nas dociera, to jest rodzaj adaptacji filozofii buddyjskiej, dostosowany do mentalności Europejczyka?
- Robimy to my, więc jest to już nasza mentalność.
# Co tak ważnego znalazła pani w zen, że zastąpiło inne elementy pani życia?
- Zen to jesteśmy my, to jest to, co nam się przydarza; to jest nasza droga, to jest to co w nas – nie na zewnątrz. Nie ma nic na zewnątrz, co pan zobaczy i powie: „a, to ja teraz to chcę zdobyć”. Nie ma w ogóle nic do zdobywania, nic do osiągania w tym naszym sposobie myślenia, że trzeba odnieść sukces, mieć pieniądze, samochód. Nic z tych rzeczy. Po prostu wszystko to, czym żyjemy, co robimy w danej chwili, to jest właśnie to.
# I żeby to zrozumieć organizowane są te kilkudniowe, czy kilkutygodniowe medytacje?
- Ach, proszę pana, wieloletnie. Po to, żeby się dowiedzieć, żeby naprawdę móc to przeżywać, czasami całego życia nie starczy w medytacji.
# A jaki jest efekt tych medytacji, do czego one doprowadzają? Co jest ich sukcesem?
- Sukcesem? Nie ma sukcesu.
# Czy ta filozofia wyklucza konkretne, pragmatyczne działanie jak powiedzmy prowadzenie firmy, sklepu, czy produkowanie czegoś?
- Broń boże, nie! Nie wyklucza niczego. Chodzi o to, żeby to co się robi, robiło się naprawdę uważnie, żeby się wierzyło w to i wiedziało, że przyniesie pewien skutek.
# Czyli, skoro na początku powiedziała pani, że znowu myśli o powrocie do aktorstwa, to jest to efektem medytacji?
- Tak. W pewnym momencie musiałam całkowicie przestać grać i byś wolna od tego, co było. Teraz, po tych kilkunastu latach, doszłam do wniosku, że mogę znowu, ale z innej pozycji, z innej postawy wewnętrznej chcieć coś zagrać.
# Czyli będą dalsze role? Znowu film, znowu telewizja?
- Nie wiem czy będą. Ale medytacje oczywiście pozostaną.
# Czy czuje się pani szczęśliwa?
- Szczęśliwa? Nie wiem...
# A medytacje tego nie dają?
- Błędne myślenie. Nie chodzi o to, żeby przez medytacje do czegoś dążyć, coś osiągnąć. Czasami niebo jest tutaj, a czasami piekło. Po prostu.
Zdjęcie: MAŁGORZATA BRAUNEK. Kiedyś, do książki "Karuzela z madonnami" zgromadziłem najciekawsze rozmowy z kobietami, jakie udało mi się przeprowadzić w życiu zawodowym. Mam wrażenie, że moja droga do medytacji zaczęła się właśnie wtedy, dzięki Małgorzacie Braunek. Dziękuję! # Czy nadal czuje się pani aktorką? - Właśnie zaczęłam się nią czuć ponownie, ale tylko w połowie. # Ale w dzieciństwie marzyła pani o aktorstwie? - Najpierw marzyłam, żeby być fryzjerką. Potem, żeby być baletnicą, a dopiero później aktorką. # Dlaczego porzuciła pani myśl o zawodzie fryzjerki? - Miałam ciotkę, która miała bardzo bujne włosy i kiedy do nas przychodziła, pozwala mi je czesać. To mnie usatysfakcjonowało. # Potem był balet? - Tak, pierwsze przedstawienie dałam jeszcze w przedszkolu. Byłam Śnieżynką i była to moja pierwsza solówka. Potem zapisałam się na balet do Pałacu Kultury. Ale nie trwało to długo, bo w czasie przerw wychodziłyśmy, żeby odpocząć na widownię basenu w Pałacu. Przyglądałam się tym, którzy pływali i w pewnym momencie doszłam do wniosku, że chcę pływać, a nie tańczyć. Szybko się przepisałam i trenowałam pływanie od 9 roku życia aż do piętnastego. Ale już wtedy chciałam zostać aktorką. # Pamiętam ogólnonarodowe dyskusje na temat, czy dobrze zagra pani rolę Oleńki w "Potopie". Bo przecież każdy miał swoją wizję Oleńki. - Wtedy nie chodziło o to, czy dobrze zagram, ale o to, czy ja w ogóle MAM PRAWO zagrać Oleńkę. # Pamiętam argumenty, że ma pani takie harde spojrzenie, a Oleńka to wcielenie delikatności. - Ależ wprost przeciwnie! Oleńka to bardzo twarda osoba. # Tak to przynajmniej wypadło w pani wykonaniu. Ale podobno już w dzieciństwie miała pani z tą hardością problemy. Ciągle zmieniała pani szkoły i była podobno bardzo krnąbrnym dzieckiem. - Tak, to prawda. Bardzo. # Nie wstydzi się pani tego teraz? - A cóż mam zrobić? Taka po prostu byłam i już. Myślę, że buntowałam się przeciw temu co zastawałam w szkole, przeciw temu, jacy byli nauczyciele, ale przede wszystkim buntowałam się przeciw temu, że byłam do czegoś zmuszana, szczególnie do tego, czego nie lubiłam. # No i zbuntowała się pani definitywnie: uciekła do szkoły teatralnej. - Tak, żeby mieć wolny zawód. # Praktycznie od razu zaczęła pani grać. - Zagrałam jeszcze przed szkołą w „Żywocie Mateusza”. # Jak to się pani udało? - Myślę, że jest to kwestia determinacji i zdecydowania. Wysyła się wtedy takie sprawcze fluidy, nawet jeśli się nie robi nic konkretnego w danym kierunku. Ja się wtedy przyjaźniłam z reżyserem Andrzejem Jurgą, a on się przyjaźnił z Witoldem Leszczyńskim, a ponieważ wiedział, że ja strasznie pragnę stanąć przed kamerą, jakoś to się samo wydarzyło. Potem był „Skok” Kutza i właściwie zaliczam to jako mój właściwy debiut, bo to była moja pierwsza prawdziwa rola do zagrania: byłam taką hożą dziewczyną, że wsi (przestałam pływać i utyłam), która przeżywa pierwsze niespodziewane uczucie. Kutz poznał się na mnie już wtedy, bo ja zawsze chciałam grać role komediowe, a tam była taka bardzo śmieszna scena. # Czuje się pani bardziej aktorką komediową, niż dramatyczną? - Nie wiem, ja się po prostu bardzo lubię śmiać i jestem osobą wesołą. # Czy łatwiej pani grać postać bliską jej charakterowi, czy taką, przy której wszystko trzeba wymyślić? - „Polowanie na muchy” Wajdy zburzyło moją wiarę w to, że im bardziej będę sobą i im bardziej pokażę, jaka jestem wspaniała, romantyczna, uduchowiona i wrażliwa, to tym bardziej to będzie ciekawe. # W takim razie powinno pani być dobrze w szkole teatralnej, dlaczego więc pani z niej odeszła? - Ależ mnie było bardzo dobrze w szkole. Zostałam wyrzucona, bo wtedy dostawałam bardzo dużo różnych, ciekawych propozycji grania, które było mi bardzo trudno odrzucić że względu na szkołę. # Urywała się pani z zajęć, nie mając zwolnienia? - Tak, chodziłam na wagary, żeby grać, a to było wtedy surowo zabronione. W ogóle w szkole teatralnej było zabronione, żeby grać w okresie nauki. A ja grałam. I w końcu zostałam wyrzucona. # Zabawne, że trafiła pani wtedy do teatru. Powodem wyrzucenia pani ze szkoły teatralnej był film, a po wyrzuceniu poszła pani do teatru. Naprawdę, trudno się w tym dopatrzyć logiki. - Wcale nie chciałam być w teatrze, ale Adam Hanuszkiewicz był tak oburzony, że mnie wyrzucono ze szkoły, że mnie przyjął. Byś może sądził, że przestanę cokolwiek robić, ale bardziej przypuszczam, że chciał coś udowodnić profesorom i dać im prztyczka w nos. Krótko to trwało, bo ja cały czas grałam w filmie, z którym czułam się silniej związana. Poza tym już wtedy zdawałam sobie sprawę z mojego ogromnego aktorskiego mankamentu, który polega na tym, że z powodu tremy i stresu kompletnie tracę pamięć. W związku z tym w teatrze przeżywałam męki. # To sufler musiał się przez panią napracować. - Nawet nie, bo ja z tego stresu traciłam także słuch. Słyszałam tylko takie psz, psz, psz. I w dodatku stało się to na premierze: grałam w „Procesie” Kafki i w pewnym momencie po prostu zapomniałam słów. Tej sytuacji nie zapomnę do końca życia. Moją pierwszą reakcją było, żeby powiedzieć „przepraszam” i zejść ze sceny, ale coś mnie na szczęście powstrzymało i stałam jak słup soli. Stałam nawet blisko kulis i słyszałam, że suflerka mi coś podpowiada, ale w ogóle nie rozumiałam słów. A Jerzy, który stał przede mną, tyłem do widowni i mógł mi niepostrzeżenie podpowiedzieć, też z tego wszystkiego zapomniał i tylko powtarzał z przerażoną miną „ja nie pamiętam, ja nie pamiętam”, co mi raczej nie pomagało. To trwało dla mnie całą wieczność, ale w końcu jeden z aktorów powiedział moją kwestię za mnie i w dodatku sam sobie na tę kwestię odpowiedział, a potem jakoś poszło. Ale męczarnie, które przeżywałam w teatrze były nie do opisania i w końcu zrozumiałam, że to nie dla mnie. Film jednak daje mi poczucie bezpieczeństwa, że jak się nawet rypnę w tekście, to mogę to powtórzyć. Poza tym w teatrze zawsze miałam wrażenie, że jestem odcięta od samej siebie, że nie mam tego lustra, jakim w filmie jest kamera, dzięki której mogę zobaczyć jak mi się rola rozwija. Nie kontroluję tego, jakbym stanęła kompletnie goła, nie mogła się niczym zasłonić i nawet nie mam możliwości zobaczyć jak wyglądam. No i jeszcze publiczność, która raz jest taka, a raz inna. # Wtedy spotkała pani Andrzeja Żuławskiego? - Nawet wcześniej. # I on spowodował rewizję pani stosunku do samej siebie. To był chyba „Diabeł”? - Nie, najpierw była „Trzecia część nocy”. Może to nie była rewolucja, ale pierwszy raz i ostatni zagrałam role dwóch kobiet, które zewnętrznie były sobowtórami, ale wewnętrznie były kompletnie od siebie różne, Trzeba było stworzyć jednocześnie dwa odmienne portrety psychologiczne, co było bardzo ciekawe. # A na dodatek reżyserem był pani mąż. Czy to pomoc dla aktorki? - To tylko powoduje, że gra się przez cały czas, bez przerwy. W trakcie realizacji filmu on mówił o nim ciągle - obojętnie na planie, czy poza nim. Ja zresztą też. Budziłam się nagle w środku nocy, budziłam jego i mówiłam, że wpadłam na taki pomysł i czy on to akceptuje, czy nie. Ale na samym planie nie było to najzdrowsze, bo myśmy się strasznie kłócili. To się często zdarza między parami w takiej sytuacji. Nie twierdzę, że zawsze, ale się zdarza. # Żuławski to silna osobowość. Czy fakt, że współpracowała z nim pani, miał wpływ na pani dalsze życie, na to co potem nastąpiło? - Nie. Może wpłynął poniekąd. Musiałam ulec jego wizji, nie było możliwe, żebym grała na kontrze, mówiąc „ja się z tym nie zgadzam”. # - Czyli walka nie jest pani żywiołem? - W takim rozumieniu – nie. Może pewna przekora, ale nie walka. Uczciwie przyznam, że w „Diable” miałam już bardzo poważne opory i nie za dobrze nam się razem pracowało. Już nie chciałam i nawet nie mogłam całkowicie poddać się wizji, którą Andrzej tworzył. Nie mówię o wizji całego filmu, ale mojej postaci. # Która była całkowicie sprzeczna z tym, co chciała pani? - Oczywiście, że tak. Ja już nie chciałam wchodzić na ten diapazon, o który mu chodziło. # Dlatego, że właśnie wtedy urodziła pani dziecko? - Tak. Już nie uważałam, że sztuka to jest wszystko i dla sztuki trzeba wszystko. # Rozumiem, że to co w „Diable” budziło pani sprzeciw, to była drastyczność tego filmu? - Poniekąd. # A co jeszcze? - Proszę zrozumieć moją sytuację. Andrzej zaczął robić ten film w momencie, kiedy czekaliśmy na dziecko. A więc czekam na chciane dziecko, przygotowuję się, aby to dziecko przyjąć, aby być jak najbardziej spokojną matką, a Andrzej robi akurat najbardziej drastyczny film w swoim życiu. # Ten film był zresztą przyjęty z mieszanymi uczuciami i do dzisiaj wielu widzów nie zgadza się na aż taką agresję. - A ja po prostu czułam wewnętrzny sprzeciw. Mimo tego grałam w "Diable", ale zdanie na temat tego, czym jest sztuka, zaczęło się zmieniać. # Czy pani lubi trylogię? - Bardzo lubię „Ogniem i mieczem”. Za „Potopem” nie przepadałam... # Nie przepadała pani za „Potopem” i nie chciała zagrać Oleńki... - Proszę tak wszystkiego nie trywializować. Nie mogę powiedzieć, że nie chciałam zagrać Oleńki, ale to nie była akurat moja wymarzona rola. W momencie, w którym zaczęło być wokół tego głośno, ja w ogóle nie myślałam, że mogłabym to zagrać. Kiedy Hoffman zwrócił się do mnie z tą propozycją byłam ogromnie zaskoczona. A potem pomyślałam sobie „a właściwie dlaczego by nie?” # Na początku lat osiemdziesiątych nagle zaczęła się pani wycofywać z filmu. Co było powodem? Coś panią dotknęło? Jakaś krytyka? A może odkryła pani dla siebie coś innego? Dlaczego postanowiła pani wtedy zakończyć coś, co dotąd stanowiło pani całe życie? - Następował bardzo powolny proces wewnątrz mnie, który polegał na tym, że z coraz większą uwagą przyglądałam się temu, czym właściwie jest aktorstwo i co właściwie ono z człowiekiem robi. To, co zaczęłam zauważać, coraz mniej mi się podobało. Nagle pojawił się we mnie taki wewnętrzny komentator, który cały czas do mnie mówił. Grałam w czymś, ubrana w jakieś szaty, a ten głos chłodno komentował: „Co ty w ogóle robisz? Po co? Tracisz życie na jakieś głupoty”. Nastąpiła kompletnie schizofreniczna sytuacja i w pewnym momencie powiedziałam sobie basta. # W takich chwilach pojawia się pytanie: "co w zamian?". - I pojawiło się coś takiego, i to coś kontynuuję do dziś. Z racji tego, że zaczęłam sobie zadawać pytania i z racji tego, że była wtedy, w latach siedemdziesiątych, moda na Daleki Wschód, zaczęłam czytać różne książki – filozoficzne, ale nie tylko. I czułam instynktownie, że muszę podążyć w tym kierunku. Żeby coś zrozumieć. # Co to jest? - Przede wszystkim medytacje. # Buddyjskie, czy zen? - To kolejno dochodziło. # Powiedzmy, że chciałbym zacząć medytować. Musiałbym gdzieś pójść, do kogoś się zwrócić. Do kogo? - To jest dokładnie tak, jak z pana pytaniem jak to się stało, że pani chciała grać i od razu zagrała. Jeżeli się czegoś naprawdę chce, to siłą rzeczy się szuka; a jak się szuka, to się znajduje. # Czy ta wersja filozofii zen, która do nas dociera, to jest rodzaj adaptacji filozofii buddyjskiej, dostosowany do mentalności Europejczyka? - Robimy to my, więc jest to już nasza mentalność. # Co tak ważnego znalazła pani w zen, że zastąpiło inne elementy pani życia? - Zen to jesteśmy my, to jest to, co nam się przydarza; to jest nasza droga, to jest to co w nas – nie na zewnątrz. Nie ma nic na zewnątrz, co pan zobaczy i powie: „a, to ja teraz to chcę zdobyć”. Nie ma w ogóle nic do zdobywania, nic do osiągania w tym naszym sposobie myślenia, że trzeba odnieść sukces, mieć pieniądze, samochód. Nic z tych rzeczy. Po prostu wszystko to, czym żyjemy, co robimy w danej chwili, to jest właśnie to. # I żeby to zrozumieć organizowane są te kilkudniowe, czy kilkutygodniowe medytacje? - Ach, proszę pana, wieloletnie. Po to, żeby się dowiedzieć, żeby naprawdę móc to przeżywać, czasami całego życia nie starczy w medytacji. # A jaki jest efekt tych medytacji, do czego one doprowadzają? Co jest ich sukcesem? - Sukcesem? Nie ma sukcesu. # Czy ta filozofia wyklucza konkretne, pragmatyczne działanie jak powiedzmy prowadzenie firmy, sklepu, czy produkowanie czegoś? - Broń boże, nie! Nie wyklucza niczego. Chodzi o to, żeby to co się robi, robiło się naprawdę uważnie, żeby się wierzyło w to i wiedziało, że przyniesie pewien skutek. # Czyli, skoro na początku powiedziała pani, że znowu myśli o powrocie do aktorstwa, to jest to efektem medytacji? - Tak. W pewnym momencie musiałam całkowicie przestać grać i byś wolna od tego, co było. Teraz, po tych kilkunastu latach, doszłam do wniosku, że mogę znowu, ale z innej pozycji, z innej postawy wewnętrznej chcieć coś zagrać. # Czyli będą dalsze role? Znowu film, znowu telewizja? - Nie wiem czy będą. Ale medytacje oczywiście pozostaną. # Czy czuje się pani szczęśliwa? - Szczęśliwa? Nie wiem... # A medytacje tego nie dają? - Błędne myślenie. Nie chodzi o to, żeby przez medytacje do czegoś dążyć, coś osiągnąć. Czasami niebo jest tutaj, a czasami piekło. Po prostu.

 Tomasz  Raczek 



Komentarze

2014-06-23 23:16:04 - ulka ip:95.171.205.72
To niemożliwe !!! Kiedy ??? Tak szybko odchodzą Ci, których podziwiałam i kochałam. Nie uwierzę puki nie otrzymam potwierdzenia !!!
2014-06-23 23:18:08 - ulka ip:95.171.205.72
Nie wierzę ! To nie możliwe! Nie przyjmę puki nie będzie potwierdzenia !!!
Dodaj komentarz
Główna kolumna
partnerzy:
hej.mielec.pl sacz.in videobeskidy wmediach.pl andre-g.nazwa.pl capital24 krynica